Kim jest BET4WIN?

Już tytuł wywiadu w tygodniku „Der Spiegel” mówi, o czym będzie: „Fussball ist Kapitalismus pur”, czyli „Futbol to kapitalizm w czystej postaci”. Poniżej obszerne fragmenty rozmowy.
DER SPIEGEL: Na początku sezonu krytycy zarzucili panu, że sprawiał pan wrażenie niezmotywowanego i sfrustrowanego.
 
ROBERT LEWANDOWSKI: To dotyczyło przede wszystkim spotkań w czasie naszego tournée po Azji. Może nawet krytycy mieli rację. Muszę przyznać, że tego lata rzeczywiście trudno mi przyszła mi motywacja.
Gdzie leżała przyczyna?
Od wielu lat gram w rytmie trzech dni – bez wielkich przerw. To nadzwyczajne obciążenie przede wszystkim dla głowy. To dlatego właściwie przygotowanie do sezonu jest dla mnie tak ważne, ponieważ tam znajduje się baza, aby właściwie funkcjonować w trakcie sezonu, gdy głowa jest zmęczona.
Nie dało się właściwie przygotować w Azji?
Zagraliśmy tam dużo meczów. Jako zawodowiec musiałem zdecydować – chcę w tych spotkaniach zaprezentować topową dyspozycję, czy też zależy mi, aby odpowiednio podejść do nielicznych zajęć treningowych, które pozwolą wypracować dyspozycję fizyczną na decydujące mecze w sezonie.
Co pan zdecydował?
Topowi piłkarze poddawani są permanentnym przeciążeniom. Bierze się to z napiętego kalendarza, a także coraz większej intensywności gry. Jedyna możliwość, aby zapobiec poważniejszym kontuzjom – poza dietą i regeneracją – to odpowiedni trening w przerwie letniej i zimowej. W Azji – to jasne – skupiłem się na treningu. Te liczne gry sparingowe nie dadzą mi wiele choćby w kontekście Bundesligi, gdy w grudniu po meczu Champions League z Realem, przyjdzie mi zagrać we Freiburgu, w czasie padającego śniegu.
Zabraknie panu motywacji?
Freiburg to tylko przykład – można wymienić inny zespół, który nie zalicza się do kandydatów do tytułu. Takie zespoły gromadzą dziesięciu ludzi na polu karnym, ja mam wokół siebie pięciu obrońców – brakuje miejsca, a jeszcze kopie się mnie po kostkach. Gdy w takim wypadku człowiek zmęczony jest po meczu w europejskiej rywalizacji, stadion jest mały, a dla widzów najważniejsze jest wygwizdanie piłkarzy Bayernu, to naprawdę trzeba ciężko popracować, aby dać z siebie wszystko.
Lewandowski następnie opowiada to tym, jak szuka motywacji. Okazuje się, że wymyśla sobie przed meczem, że strzeli gola w „okienko” bramki albo pokaże jakiś szczególny trick w czasie dryblingu albo zagra niezwykłe podanie, które ćwiczy już od jakiegoś czasu… „Chodzi o przesuwanie granic w mojej głowie” – tłumaczy RL9.
DER SPIEGEL: Skoro tak jest, to znaczy, że niektóre mecze Bundesligi traktuje pan, jak trening, a nie prawdziwe starcie. Co pan w takim razie powie o poziomie ligi niemieckiej?
LEWANDOWSKI: Wiem, że nie każdemu spodoba się to, co powiem, ale Bundesliga potrzebuje więcej takich drużyn, jak RB Lipsk. Silne zespoły spowodują, że będziemy w stanie więcej zainwestować. Bundesliga nie może żyć z tego, że dominuje jedna drużyna – nawet walka dwóch zespołów o tytuł to za mało. Potrzebujemy czterech, pięciu drużyn, które będą prezentowały najwyższy poziom. Ta konkurencja pozwoli również Bayernowi zachować najwyższą koncentrację do końca sezonu. Z kolei silna liga pozwoli napędzić koniunkturę marketingową.
Marketingową?
Jeśli jest więcej meczów znaczących, jeśli chodzi o czołówkę, to jest więcej show, więcej „trara”, telewizja może nadawać więcej i dłużej na całym świecie. Kibice chcą oglądać starcia wielkich, gwiazd ligi, bojów o mistrzostwo. To spowodowałoby jeszcze większe zainteresowanie Bundesligą za granicą. Być może nawet dużo większe zainteresowanie, niż liczne podróże do Azji i Ameryki….
Lewandowski tłumaczy dziennikarzowi, że te podróże nie mają takiego znaczenia jeszcze z jednego powodu – języka. Zaznacza, że są wielkie społeczności na świecie, które posługują się hiszpańskim i angielskim, stąd naturalny fokus na ligi hiszpańską i angielską. Robert uderza w tym momencie w samego Karlheinza Rummenigge, które nawet przed Ulim Hoenessem bronił wyjazdu do Azji. Hoeness zastanawiał się – po kolejnej klęsce – czy to ma sens, a Rummenigge mówił, żeby ochłonął. Na koniec już po pierwszym krytycznych słowach Lewandowskiego w „Bild-Zeitung”, co do azjatyckiego tournée, klub sięgnął po liczby. Okazuje się, że na jednej wyprawie zarobił 14 milionów euro. 
 
Słowa Roberta o skuteczności marketingu, to jednak dopiero początek argumentacji rozwodowej. Bayern Monachium właśnie otworzył kompleks treningowy dla młodzieży – za 100 milionów euro. Sam Hoeness ogłosił: „To nasza odpowiedź na szaleństwo transferowe”. Lewandowski to jednak całkowicie podważa. Widać, że filozofia Bayernu to nie jest filozofia Roberta. Już „Kicker” niedawno napisał wielkie story pod hasłem „Lewandowski za duży na Bayern”. Teraz sam piłkarz daje sygnał, że nie pasuje do biznesowej filozofii najpotężniejszego niemieckiego klubu. Zresztą przeczytajcie sami. 
DER SPIEGEL: Na razie największe gwiazdy wybierają Anglię i Hiszpanię, a nie Niemcy.
LEWANDOWSKI: Dotychczas Bayern nigdy nie zapłacił więcej niż 40 milionów euro za jednego zawodnika. W międzynarodowym futbolu to już od dłuższego czasu jest suma raczej średnia, niż znacząca. Nie było takiego wzrostu rynku, jakie notują Real Madryt czy Manchester United. I teraz różnica w stosunku do tych, którzy oferują najwyższe sumy jest naprawdę ogromna.
Ulrich Hoeness powiedział, że nie chce uczestniczyć – w jak to określił – „transferowym szaleństwie”. 
Aby przyciągnąć topowego zawodnika, pieniądz odgrywa ważną rolę, choć należy dodać, że nie jedyną. Chodzi także o perspektywę sportową, siłę drużyny, samo miasto, a także otoczenie. Bayern musi dać się ponieść i wykazać kreatywnością, aby dalej przyciągać do Monachium piłkarzy klasy światowej. I jeśli chce się grać o najwyższe stawki, potrzeba jakości najlepszych graczy. Także dlatego, że właśnie takie gwiazdy sprawiają, że inni piłkarze idą w górę. Wielka konkurencja w kadrze pomaga, aby osiągnąć to niezbędne kilka procent…